OK, przyznaję się bez bicia, że opuściłem 2 godziny pierwszego w sezonie wesela (zostawiając zamiennika oczywiście).
Zostawiłem krawat oraz kamizelkę w szatni i poleciałem do Spichlerza na koncert The Car Is On Fire (plus niemieckie Trash Monkeys).
(Już przed wejÅ›ciem do Å›rodka zostaÅ‚em wyÅ›miany przez pewnÄ… uroczÄ… mÅ‚odÄ… damÄ™ za mój strój. Nie chce mi siÄ™ wierzyć, że to byÅ‚ przyjacielski uÅ›miech. W każdym razie nie byÅ‚em jedyny – Musek też byÅ‚ „weselny”.)
Trafiłem na początek koncertu Trash Monkeys. To nie był rock. To było łojenie. Basista,który zamiast kartofli bierze chyba jakieś prochy (jak będą Muskowe foty postaram się coś wrzucić) i wokalista, który z gitarą wskoczył na stół i zaczął wywijać.
Kolejne 30 minut to przygotowania The Car Is On Fire. Pierwszy szok – grajÄ… w garniturach. PoczuÅ‚em siÄ™ jak debil ;)
Dotrwałem pierwsze 8 utworów zdaje się (pieprzone oczepiny), ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to faktycznie jedna z lepszych rzeczy, które ostatnio przydarzyły się polskiej muzyce.
(http://www.limtv.pl/koncerty/the_car_is_on_fire.html)
A dzieÅ„ wczeÅ›niej, w piÄ…tek, opijaliÅ›my Muskowe 18 lat. Gruba impreza, bilard, whisky, kobiety, muzyka… eeech ;) Byle tak częściej. Tutaj foty.
Ten wpis ma 3 komentarze/y
no dobra, teraz mogę przyznać, że impreza piątkowa była dobra, pomijając zakończenie;)
ziomm, nie arctic monkeys tylko trash monkeys.:)
Poprawilem, to z pospiechu.